PORTAL SPOŁECZNOŚCIOWY
MIESIĘCZNIK "KATECHETA"

(47) W drodze do Rzymu

Śladami Apostoła Narodów (47)

W drodze do Rzymu
 
 
 
W roku 60, pod koniec lata, prokurator Festus zdecydował, by odesłać do Rzymu św. Pawła, więźnia przebywającego do tej pory w Cezarei Palestyńskiej. Rozpoczęła się w ten sposób pełna przygód podróż, której szczegóły podaje nam jej uczestnik, św. Łukasz ewangelista, w Dziejach Apostolskich (27,1-28,16).
Dowiadujemy się zatem najpierw, że św. Paweł był jednym z wielu więźniów wysyłanych do Rzymu i że pieczę nad nimi sprawował setnik cesarskiej kohorty, niejaki Juliusz. Po jednym dniu rejsu okręt przypłynął do Sydonu, a Juliusz, który odnosił się życzliwie do św. Pawła, pozwolił mu odwiedzić przyjaciół i zaopatrzyć się na drogę. Statek posuwał się następnie wzdłuż Cypru, Cylicji i Pamfilii, i zatrzymał się w Mirze, mieście znanym później jako ojczyzna św. Mikołaja i znajdującym się dzisiaj w południowo-zachodniej Turcji. W porcie przebywał okręt aleksandryjski wiozący zboże z Egiptu do Italii. Setnik zdecydował się przeprowadzić więźniów na ten statek, który miał zapewnić szybką i bezpieczną podróż do stolicy Cesarstwa.
Okręt wypłynął, ale niebawem pojawiły się trudności z powodu niesprzyjających wiatrów, które spowodowały znaczące zmiany i opóźnienia w planowanym rejsie. Trzeba pamiętać, że na Morzu Śródziemnym niepewny czas żeglugi trwał od połowy września do końca października, po czym na okres zimy zamierał wszelki ruch statków na morzu. Należało zatem spieszyć się, by dopłynąć do Italii przed okresem zimy albo znaleźć odpowiedni port na przezimowanie. Kapitan coraz bardziej brał pod uwagę to drugie rozwiązanie, myśląc o porcie Feniks na południowo-wschodnim wybrzeżu Krety. Paweł, przeczuwając jakieś niebezpieczeństwa, odradzał tego typu decyzję. Ruszono jednak w drogę. Wkrótce zerwał się gwałtowny wicher, który odrzucał statek daleko od brzegów Krety i unosił go ku południowi. Po jakimś czasie pojawiło się niebezpieczeństwo rozbicia się statku o mieliznę północnoafrykańską, zwaną „Syrta”. W takim to kontekście załoga podjęła szereg środków ostrożności, a przede wszystkim wzmocniono okręt, opasując go linami.
„Ponieważ miotała nami – pisze Łukasz – gwałtowna burza, [żeglarze] zaczęli nazajutrz pozbywać się ładunku, a trzeciego dnia własnoręcznie wyrzucili sprzęt okrętowy. Kiedy przez wiele dni ani słońce się nie pokazało, ani gwiazdy, a szalała nie słabnąca nawałnica, znikała już wszelka nadzieja naszego ocalenia. A gdy już ludzie nawet jeść nie chcieli, powiedział do nich Paweł: «Radzę wam być dobrej myśli, bo nikt z was nie zginie, tylko okręt. Tej nocy ukazał mi się anioł Boga, do którego należę i któremu służę, i powiedział: "Nie bój się, Pawle, musisz stanąć przed cezarem, a Bóg podarował ci wszystkich, którzy płyną razem z tobą". Bądźcie więc dobrej myśli, bo ufam Bogu, że będzie tak, jak mi powiedziano. Musimy przecież dopłynąć do jakiejś wyspy»” (Dz 27,22-26).
Paweł nie tracił nadziei na przeżycie; co więcej, próbował dodawać otuchy innym podróżnym. Nawet jednak sama załoga poważnie wątpiła w możliwość ocalenia, skoro niektórzy marynarze postanowili uciec pod pozorem zarzucenia kotwicy z przodu statku. Zamiar został udaremniony dzięki zdecydowanej interwencji Apostoła, który na czas powiadomił o tym setnika. „Kiedy zaczynało świtać, Paweł zachęcał wszystkich do posiłku: «Dzisiaj już czternasty dzień trwacie w oczekiwaniu, o głodzie, bez żadnego posiłku. Dlatego proszę was, abyście się posilili, bo to przyczyni się do waszego ocalenia; nikomu z was bowiem włos z głowy nie spadnie». Po tych słowach wziął chleb, złożył Bogu dziękczynienie na oczach wszystkich i ułamawszy, zaczął jeść. Wtedy wszyscy nabrali otuchy i posilili się” (Dz 27,33-36). Dopłynięto wreszcie do jakiejś wyspy i statek osiadł na mieliźnie blisko jej brzegu. Żołnierze doradzali setnikowi zabicie więźniów, bo bali się ich ucieczki, ale setnik, chcąc ocalić Pawła, nie pozwolił na to. W końcu wszyscy znaleźli się na lądzie.
Łukaszowy opis mógłby stanowić scenariusz jakiegoś interesującego filmu przygodowego albo sztuki teatralnej opowiadającej o statku, którego załoga i pasażerowie stawiają czoła rozmaitym przeszkodom, aby dotrzeć do upragnionego portu. Dzieło ukazywałoby w przenośni losy człowieka, napotykającego niekiedy w życiowej wędrówce na bardzo poważne trudności. Treść byłaby o tyle ciekawa, że oparta na autentycznych faktach.
W historii okrętu opisanego w Dziejach Apostolskich, którym miotała gwałtowna burza, odnajdujemy bez trudności przeżywane przez nas dni, kiedy – używając przytoczonych słów ewangelisty Łukasza – nie pokazuje się nad nami słońce ani gwiazdy i kiedy tracimy nadzieję na nasze ocalenie. Kłopoty pojawiają się zwykle niespodziewanie, dotyczą różnych spraw odnoszących się bezpośrednio do nas albo do naszych najbliższych. Oto u kogoś z naszej rodziny wykryto nieuleczalną chorobę; lub szczęśliwe małżeństwo po przeżyciu ponad dwudziestu lat wnosi sprawę o rozwód; lub zaprzyjaźniona z nami osoba konsekrowana opuszcza zgromadzenie… Chodzi o ludzi, którym wiele zawdzięczamy, którzy okazali nam dużo serca, a my teraz nie możemy nic dla nich zrobić poza lakonicznym stwierdzeniem: „Takie jest życie…”.
Pisze Dag Hammarskjöld w swoich Drogowskazach: „Jako rodzeństwo byliśmy w domu tacy szczęśliwi. Pamiętam święta Bożego Narodzenia, gdy zbieraliśmy się wszyscy razem. Któż mógłby wtedy przypuścić, że życie będzie tak poszarpane?” (s. 20).
Gdy patrzymy na losy apostoła Pawła, możemy powiedzieć, że jego życie było rzeczywiście pełne udręki. Sam Apostoł pisze o przeżytych przez siebie niebezpieczeństwach na rzekach i na morzu, w miastach i na pustkowiu, o pracy i umęczeniu, głodzie i pragnieniu, zimnie i nagości (zob. 2 Kor 11,26-27). Jedno jednak trzymało go na duchu – głęboka nadzieja pokładana w Panu, który wyraźnie mu mówił: „Bądź dobrej myśli!”. Niech w sytuacjach życiowych burz nam również towarzyszy Pawłowe wstawiennictwo i jego przekonanie, że kiedyś i my dopłyniemy do jakiejś szczęśliwej wyspy.
ks. Waldemar Turek
Radio Watykańskie, Magazyn we wtorek 21/07/2009
© 2008 Diecezja Płocka