PORTAL SPOŁECZNOŚCIOWY
MIESIĘCZNIK "KATECHETA"

Wtajemniczenie w katechezie -Adam Matyszewski, katecheta z Zespołu Szkół Ekonomiczno ? Kupieckich w Płocku

Wtajemniczenie w katechezie

Opracował Adam Matyszewski, katecheta z Zespołu Szkół Ekonomiczno – Kupieckich w Płocku. Referat został wygłoszony na spotkaniach dla katechetów szkół ponadgimnazjalnych w Ciechanowie i Płocku w dniach 14 - 15 listopada 2007 r.


Od modlitwy przez wtajemniczenie w katechezie
 do liturgii.

Jeśli jako katecheta chcę mówić młodzieży o modlitwie, to najpierw sam muszę być człowiekiem modlitwy. W przeciwnym razie narażę się na śmieszność, wzgardzą mną. Młodzi wyczuwają aktorstwo, nieautentyczność...

Jak chcesz kogoś zapalić, mawiał Albert Szweitzer, skoro sam nie płoniesz!? Jak chcesz kogoś przyprowadzić do Chrystusa, skoro sam do końca nie pozwalasz Mu się prowadzić? Jak chcesz zachęcić uczniów do modlitwy, skoro sam się nie modlisz? Czy wystarczy choćby najgorętsze zaproszenie młodzieży do modlitwy osobistej, bez naszego świadectwa modlitwy? Przecież możemy usłyszeć na lekcji pytania – jak ksiądz, siostra, katecheta modli się, jak przeżywa modlitwę, jakie ma z nią trudności?

Modlitwy, formacji duchowej siebie i naszych podopiecznych nie nauczymy się z książek, ale na klęczkach – modląc się i oddając codziennie określony czas naszego życia Bogu, na stawaniu przed Nim w prawdzie. Potrzeba nam zatem dzisiaj katechetów będących świadkami modlitwy i życia wewnętrznego.

Modlitwa na katechezie.

Ośmielę się postawić tezę, iż po powrocie katechezy do szkół we wrześniu 1990 r. w sensie duchowym, modlitewnym zubożała nam ona. Nie chodzi tylko o to, że w szkole spotykamy na lekcji całe spektrum młodych, wywodzących się z różnych środowisk, a więc także tych spoganiałych, wulgarnych, których rodzice karmią się czasopismami w stylu „Nie”, „Fakty i Mity”, a z kościołem w najlepszym wypadku łączy ich Pasterka i „święconka”. Chodzi o klimat katechezy, jaki zdaje się utraciła ona opuściwszy mury świątyni, czy punktu katechetycznego. Z rozrzewnieniem wspominam lekcje religii mojego dzieciństwa. Popołudniowe biegi na jedną godzinę w tygodniu do płockiej „Stanisławówki”, modlitwy w kościele przed i po lekcji, integracja klasy z księdzem, który grał na gitarze, a potem zabierał nas na piłkę nożną.

Owszem, dzięki katechezie szkolnej, mamy niepowtarzalną okazję dotarcia do najbardziej opornych na wiarę rzezimieszków, z nadzieją, że cokolwiek z naszego przepowiadania pochwycą. Z drugiej jednak strony, czy salka katechetyczna w szkole, o ile w ogóle taka jest w naszym zasięgu, służy modlitwie, stwarza klimat modlitwy? Na jakie trudności jesteśmy narażeni próbując przeprowadzić w ramach lekcji jakąś ambitniejszą formę modlitwy, czy choćby rozmowę o niej?
[1]

A zatem do modlitwy potrzeba „klimatu”, na który składa się:
- wewnętrzna postawa uczniów, wynikająca z ich osobistego stosunku do Chrystusa i spraw wiary,
- zaangażowanie samego katechety oraz przekonanie o mocy i skuteczności modlitwy osobistej i wspólnotowej,
- sacrum miejsca, którego niewątpliwie naturalnym ucieleśnieniem jest katolicka świątynia.

Przyznaję, że mało na moich lekcjach modlitwy, choć są katecheci, którzy nawet nie zaczynają lekcji modlitwą (!). W jednej z klas maturalnych i ja nie zaczynam. Na początku roku szkolnego uczniowie zakomunikowali mi, że na lekcji się nie modlą. Co miałem począć? Zmusić – nie bardzo, modlić się samemu, podczas gdy oni siedzą – trochę dziwnie? Toleruję ten stan rzeczy i staram się ich ewangelizować…

Próbowałem na katechezie celebracji Drogi krzyżowej – uczniowie podnieśli larum – „a co to kościół?” Dziesiątka Koronki do Bożego Miłosierdzia w wąskim zakresie sprawdza się, dziesiątka różańca również. Najtrudniej modlić się własnymi słowami, bo wtedy muszę dać osobiste świadectwo mojej modlitwy i mojej relacji z Chrystusem.

Katecheza ogołocona z modlitwy stanie się nauką o religii katolickiej, która pozostanie bez wpływu na życie naszych uczniów.

W ramach refleksji osobistej postawmy sobie następujące pytania:

Czy modlitwa na katechezie nie spowszedniała nam? Czy
nie jest tylko wypowiedzianą z konieczności formułą, która wypada, żeby się  pojawiła?

Czy istnieje szansa, a jeśli tak, to co należy w tym kierunku zrobić, aby modlitwa na katechezie rzeczywiście była interioryzacją, spotkaniem z Chrystusem, modlitwą, która zbliży uczniów do Kościoła i życia sakramentalnego?

Wtajemniczenie

Pamiętamy, iż w czasach wczesnochrześcijańskiego przygotowania do chrztu dorosłych opowiedzenie się za Chrystusem musiało iść w parze ze świadectwem życia i zawsze było świadomym aktem woli. Katechumenat zakładał wychowanie do wiary, nie dziwi zatem, iż okres przygotowania – dojrzewania do chrztu – trwał od roku do nawet 3 lat.
[2]

Chrześcijaństwo pierwszych wieków było zarezerwowane dla osób, które rozumiały, że przynależność do wspólnoty Kościoła wiąże się z konkretnymi zobowiązaniami.
[3] Obserwując tymczasem dojrzałość psychiczno – emocjonalną i społeczno – religijną dzisiejszych np. kandydatów do bierzmowania, mamy świadomość, jak wiele w tym zakresie na przestrzeni wieków zmieniło się.

Zaryzykuję stwierdzenie, że tylko człowieka nawróconego, który świadomie opowiedział się w swoim życiu za Jezusem, można w cokolwiek wtajemniczać. Młody człowiek, który nie spotkał w swym życiu osobowego Boga, nie doświadczył Jego pulsującej z Krzyża miłości – nie będzie w stanie przeżyć autentycznego wchodzenia w życie wiary i Kościoła.

Wielu bierzmowanych dzierżawi ten sakrament, ale pole pt. „dojrzałość chrześcijańska” zarasta w ich sercu chwastami. Słusznie chyba będzie w tym miejscu przywołać słowa bp Dembowskiego, przyrównującego obdarowywanie niedojrzałych katolików sakramentami, do pompowania dziurawej opony, względnie do próby karmienia nieboszczyka.

Rodzi się zatem pytanie, czy nasze katechezy nie powinny być bardziej ewangelizacyjne, obwieszczające zasadnicze fundamenty życia chrześcijańskiego, które uczeń pozna i które przeżyje? Pamiętamy schemat kerygmatyczny: Bóg mnie kocha (jestem Jego umiłowanym dzieckiem), ale... Jestem grzeszny, dlatego Chrystus pragnie mnie uzdrowić, ponieważ chce zostać Panem mojego życia.

Tylko świadomie przeżywane chrześcijaństwo może doprowadzić młodzież do autentycznego wtajemniczenia, do mistagogii, do Chrystusowego misterium, do potrzeby szukania Go i odnajdywania w Kościele. W przeciwnym razie nasze działania będą jedynie szerzeniem chrześcijaństwa powierzchownego, nie zakorzenionego w żywej i osobowej relacji naszych uczniów z Chrystusem.

Kieruję to wszystko najpierw do siebie. Za mało na moich lekcjach elementów wtajemniczenia. Łatwiej mi meblować umysły uczniów zasadami wiary, uczyć ich o Jezusie, Kościele, sakramentach, niż pomagać wierzyć. Czy nie powinienem raczej uczulać ich na potrzebę przylgnięcia do Serca Jezusowego, uczyć miłości do Kościoła, takim, jaki jest, uczyć prowadzenia życia sakramentalnego i duchowego? A zatem, mamy uczyć wiary, czy uczyć wierzyć? – a może jednego i drugiego?

Podsumowaniem powyższych rozważań niech będą pytania:

Z jaką młodzieżą mamy do czynienia na katechezie? Jakich środków (metod) należy użyć, aby zachęcić uczniów do pójścia w swojej wierze krok na przód? Czy widzimy owoce naszych działań i wysiłków podejmowanych w tym  zakresie (doprowadzenie uczniów do chrześcijańskiego misterium)?

Liturgia

Do jakiego kościoła chcemy uczniów przyprowadzić? Jaką pokazać im Eucharystię, jaką liturgię, jakie sakramenty? Czy rzeczywistości, o których mowa mogą same w sobie zaspokoić głód Boga, który toczy serca wielu młodych, naszych uczniów? Czy wystarczy powiedzieć na lekcji religii: „przyjdźcie w niedzielę do kościoła na mszę? Przyjdźcie na różaniec, majowe, na Drogę krzyżową i Gorzkie żale?” Czy nie należałoby podjąć próby ukazania poszczególnych celebracji liturgicznych, nabożeństw w nowym, czytelnym dla współczesnej młodzieży świetle,
[4] zaopatrując je w odpowiedni komentarz? Czy nie za mało tłumaczymy dziś liturgię?

O wiele łatwiej przygotować komentarz do czytań biblijnych, modlitwę wiernych, niż pochylić się np. nad sensem kolekty, modlitwy nad darami, czy modlitwy eucharystycznej – ileż prostych, a jednocześnie głębokich treści niosą ze sobą mszalne oracje?!

Czy nie ma zależności między kapłanem pobożnie sprawującym Eucharystię, a pobożnością młodych zgromadzonych w kościele? Czy widząc rozmodlonego na mszy księdza, katechetę, sami nie zaczną się modlić, a przynajmniej czy nie zostaną pobudzeni do refleksji, że może coś w tym jest, skoro on /ona/ tak to przeżywa?

Przed laty brałem udział w rekolekcjach prowadzonych przez księdza orionistę. Przyzwyczajony do standardowych komentarzy mszalnych autorstwa znanych mi wcześniej celebransów, codziennie doznawałem miłego zaskoczenia słysząc, jak pięknie, a w sposób dotąd mi nieznany ów kapłan zachęcał zgromadzonych na liturgii. Po znaku krzyża świętego ks. Piotr zaczynał mniej więcej tymi słowy: „Przyjdź do Jezusa, On pragnie Cię dziś uzdrowić, oddać się Tobie cały”. Sprawowana Msza św. stawała się rzeczywistością żywą i przepełnioną obecnością Pana. Eucharystia dla tego uduchowionego kapłana nie była codziennym, zwyczajnym i „udomowionym” obrzędem, który ma obowiązek sprawować, ale spotkaniem z Chrystusem, dotykaniem Jego samego, obcowaniem z sacrum, które sprawiało, że uczestnicy liturgii przeżywali pełne mocy dotknięcie Umęczonego i Zmartwychwstałego.

Przed czytaniami ks. Piotr mawiał: „Posłuchaj, co Pan chce ci dziś powiedzieć!” Efektem tych dwóch tylko przywołanych przeze mnie oryginalnych komentarzy było dźwięczące mi w uszach przez wiele kolejnych miesięcy: „przyjdź do Jezusa”, „słuchaj Pana...”. Przychodziłem więc na msze święte i słuchałem.

Może zamiast suchej zachęty „Przyjdźcie na różaniec”, spróbować wcześniej wyjaśnić na katechezie co to za modlitwa, jak bardzo jest droga Matce Boże, że Ona sama prosi nas o nią, przypomina o tym w każdym z objawień. Powiedzieć o mocy modlitwy różańcowej, może dać świadectwo osobistego nabożeństwa do Maryi?
[5]

A Droga krzyżowa, Gorzkie żale? Spójrz, ile Chrystus dla Ciebie wycierpiał! On oszalał z miłości do Ciebie i tylko dlatego mógł się zgodzić na Krzyż. Zapraszam Cię, przyjdź, omóżmy Panu dźwigać Jego krzyż.

A może wykorzystać przykład krakowskiego ośrodka akademickiego, w którym po mszy roratniej przewodniczący liturgii zaprasza wszystkich studentów na śniadanie (wspólną agapę)? Może to jest sposób na pozyskanie młodych dla kościoła i liturgii?

Myślę, że sporo łatwiej było prowadzić uczniów do świątyni w ramach katechizacji przykościelnej. Miejsce sprzyjało modlitwie, wtajemniczaniu i prowadzeniu ku liturgii. W sposób naturalny młodzi obywali się z kościołem, przez lata katechizacji wydeptywali znane ścieżki, którymi później śmielej zdążali, jeśli nie po to, by angażować się w życie parafii to przynajmniej, aby częściej brać udział w obrzędowości eklezjalnej.

Reasumując – wyjaśniajmy liturgię, jak tylko możemy i potrafimy. Skoro lekcje religii mają prowadzić uczniów do kościoła, do spotkania w nim z Chrystusem, to warto, aby nasi podopieczni mieli okazję już podczas katechezy dotknąć głębi liturgii. Wiadomo, najpierw sami powinniśmy ją zgłębiać.

Dzisiejsza katecheza, jak i cały Kościół woła o ludzi ducha, o prawdziwych czcicieli Jezusa. Wiem, nie łatwo być takim. Nie sposób przecież każdej lekcji przeprowadzić w 100% świetnie, z oddaniem i zaangażowaniem. Tłumią nas uczniowie, ich postawa, zachowanie, brak zainteresowania choćby najwznioślej poprowadzoną lekcją. Opadają nam skrzydła, tracimy sens w skuteczność naszej misji. Doświadczam tego, jak wielu katechetów, codziennie. Są nawet klasy, w których, zgodnie z zasadą „nie rzucaj pereł przed wieprze” czuję, że ten czy inny temat, mówiąc potocznie: „nie przejdzie”. Chwytam się wówczas jakiejś minimalistycznej formy czy metody pracy, aby tylko przetrwać do dzwonka. Takie katechezy siłą rzeczy osłabiają naszą czujność, wybijają nas z rytmu, pozostawiają pewien niedosyt, niesmak.

Aby zapalać innych, musimy płonąć, dlatego potrzeba nam stałej formacji, ciągłego nawracania się, napełniania Duchem Świętym, przywoływania Bożej mocy w naszym życiu. W przeciwnym razie zgnuśniejemy, przyzwyczaimy się do bylejakości. A przecież miłość Boża jest zawsze świeża i nowa i jako taką musimy ją naszym wychowankom przekazywać.


 
 

[1] W wielu wypadkach należałoby pewnie zacząć od ewangelizacji, kładzenia podstaw pod pierwsze przejawy wiary wśród naszych uczniów, a dopiero później prowadzić ich do modlitwy, chrześcijańskiego wtajemniczenia.

[2] Chodzi o tzw. przygotowanie dalsze, w przeciwieństwie do przygotowania bliższego, rozpoczynającego się w pierwszych dniach Wielkiego Postu, które zwieńczone było uroczystym przyjęciem chrztu w Wigilię Paschalną. Tajemnice naszej wiary były tak pilnie strzeżone, że kandydaci do chrztu mogli być obecni w świątyni tylko w czasie Liturgii słowa, po odpowiednim błogosławieństwie następowało ich rozesłanie. Stąd funkcjonująca jeszcze do Soboru Watykańskiego II nazwa „msza katechumenów”.
[3] Owszem zdarzały się przypadki, kiedy w szeregi chrześcijan wstępowali ludzie z innych pobudek niż li tylko z miłości do Chrystusa.

[4] Nie chodzi bynajmniej o urozmaicanie celebracji w taki sposób, aby były one dla młodzieży „ponętne”, przy użyciu środków niewspółmiernych do oczekiwanych efektów, np.: msze bigbitowe, infantylne religijne piosenki na gitarę i klaskanie, hip-hop w kościele, msze techno (zob. http://breviarium.blogspot.com/2006/06/msza-techno_09.html).
[5] Ciekawe spostrzeżenia na temat wykorzystania modlitwy różańcowej w ramach jednostki lekcyjnej prezentuje ks. Andrzej Krasiński, Różaniec na katechezie?, MPP (2003) nr 10, s. 439-449.
© 2008 Diecezja Płocka