PORTAL SPOŁECZNOŚCIOWY
MIESIĘCZNIK "KATECHETA"

Ks. R. Czekalski, Czy grozi nam "religio-maturo-fobia"?

Artykuł zamieszczony w "Naszym Dzienniku" w wydaniu z Wtorku, 31 stycznia 2006, Nr 26 (2436)
 

Czy w Polsce religiofobia stanie się chorobą zakaźną? Czy przyczyni się do znacznego zarażenia umysłów naszych rodaków do tego stopnia, że zapomną o tym, iż naprawdę mogą samodzielnie myśleć i wypowiadać się we własnym imieniu, a nie tylko posłusznie naśladować tych, którzy uzurpują sobie prawo do kreowania rzeczywistości na swoją modłę?
 

Spróbujmy najpierw dokonać krótkiej diagnozy tej choroby, pojawiającej się w Polsce od czasu do czasu, oraz wskazać środki zaradcze.

Zacznijmy od wyjaśnienia słowa fobia. Jak czytamy w "Słowniku języka polskiego" (Warszawa 1988, s. 599), fobia objawia się uporczywym, chorobliwym lękiem przed określonymi przedmiotami lub sytuacjami. Jak nietrudno się domyślić, gdy dopiszemy do słowa religia przyrostek fobia, to natychmiast pojawia się słowo religiofobia, a więc uporczywy, prawie nieustępujący, wręcz chorobliwy lęk przed opanowaniem otaczającego nas świata przez religię.

Wystarczy jedynie, aby pojawiło się słowo religia, obojętnie w jakim kontekście, natychmiast działa ono na niektóre osoby i środowiska jak płachta na byka. Ruszają one do ataku, nie mając najczęściej ani uzasadnionego powodu, ani wystarczającej wiedzy na dany temat. Nie sięgając w odległe lata, wystarczy poobserwować ostatnie piętnastolecie w naszym kraju. Ilekroć wysuwana była jakakolwiek propozycja, która wiązała się, nawet jedynie w sposób pośredni, z religią czy Kościołem, natychmiast pojawiały się zarzuty, że Polska na pewno zamieni się w kraj wyznaniowy. Na próżno przekonywano i wyjaśniano, że nikt w Kościele nie ma takich zapędów.

Osobom, którym przydarzyło się, niestety, zapaść na religiofobię, nie pomagały tłumaczenia ani uzasadnienia merytoryczne. Ludzie ci wiedzieli i wiedzą lepiej, że z religią trzeba walczyć. Pomimo upływających lat ich pseudoproroctwa się nie spełniają, jednak oni nie przejmują się tym i nie bacząc na kolejne porażki, w dalszym ciągu pokrzykują i straszą Polaków państwem wyznaniowym oraz szykującą się katastrofą, która zapewne niebawem nastąpi z powodu religii.

Zdaje się, że ci, którzy zapadli na dolegliwości związane z religiofobią, nawet nie mają zamiaru się leczyć, wręcz przeciwnie - ich choroba nieustannie się rozwija. Żeby nie być gołosłownym i odwołać się do konkretnego przypadku z ostatnich dwóch tygodni, religiofobia, rozwijając się, jednocześnie się ukonkretniła i pojawiła w nowej odmianie, którą można by nazwać "religio-maturo-fobią".

Dała ona o sobie znać natychmiast po wypowiedzi biskupa płockiego profesora Stanisława Wielgusa, przewodniczącego Rady Naukowej Konferencji Episkopatu Polski, który 13 stycznia 2006 roku jako pierwszy z biskupów powiedział w rozmowie z KAI, że uczniowie powinni mieć prawo zdawać maturę z religii jako przedmiotu nauczanego w polskich szkołach.

Nie wsłuchując się w sensowne argumenty merytoryczne biskupa płockiego, przystąpiono do ataku. Pojawiło się słowo religia, a to w zupełności wystarczyło, aby zaprotestować i tradycyjnie przestrzec Polaków przed grożącym im niebezpieczeństwem oraz wyrazić swoje lęki i dezaprobatę dla tego typu pomysłów. Posypały się więc głosy sprzeciwu z różnych stron, związane z wprowadzeniem religii na maturze. Z owymi obawami, w trybie pilnym, zapoznano czytelników na łamach wielu gazet i czasopism.

Tymczasem gdyby wczytano się w argumenty, które podał biskup profesor Stanisław Wielgus, to istniałoby duże prawdopodobieństwo, że przynajmniej w niektórych wypadkach choroba objawiłaby się mniej dokuczliwie.

Dokonując syntetycznego streszczenia racji, dla których należałoby rozważyć wpisanie do katalogu egzaminów maturalnych również religii, ksiądz biskup Stanisław Wielgus twierdzi, że przynajmniej z pięciu powodów sprawa jest godna rozważenia:

1. Ze względu na młodzież, która powinna mieć prawo zdawania egzaminu maturalnego z religii. Żyjemy w świecie demokracji, więc każdy ma prawo dokonać wyboru uczęszczania lub nieuczęszczania na lekcje religii. Skoro są prowadzone lekcje religii i uczniowie lub ich rodzice decydują o udziale w szkolnym nauczaniu religii, to konsekwencją ich decyzji jest również prawo do wyboru zdawania egzaminu maturalnego z religii i domaganie się, aby nie spychano jej na margines życia. Przemawia za tym wiele obowiązujących aktów prawnych, na podstawie których można domagać się, aby włączono religię do przedmiotów maturalnych.

2. Ze względu na przedmiot. Religia zostałaby dowartościowana, co miałoby znaczenie dla katechetów oraz młodzieży wykazującej zainteresowanie religią. Obecnie brak religii w wykazie przedmiotów, które młodzież może wybrać na egzaminie maturalnym, jawi się jako jej dyskryminacja. Dziwi to tym bardziej, gdy w wykazie przedmiotów możliwych do zdawania na maturze w bieżącym roku szkolnym i roku szkolnym 2006/2007 widnieją takie przedmioty, jak np. wiedza o tańcu, historia muzyki, język szwedzki, język portugalski, język słowacki i inne. Nie umniejszając wartości wymienionych przedmiotów, należy jedynie zauważyć, że przedmioty te na ogół nie są nauczane w szkole. W związku z tym nasuwa się retoryczne pytanie: czy religia jako przedmiot istniejący w wykazie przedmiotów nauczanych, z którego w wielu szkołach korzysta ponad 90 proc. młodzieży (w diecezji płockiej 99 proc. młodzieży), posiada mniejszą wartość od tych, których w ogóle nie ma na liście przedmiotów nauczanych, a z których można zdawać egzamin maturalny?

3. Ze względu na młodzież pragnącą podjąć studia w zakresie teologii. W świetle aktualnie obowiązujących przepisów młodzież rozpoczynająca studia teologiczne zobowiązana jest składać egzamin wstępny z religii w zakresie szkoły ponadgimnazjalnej. Ich rówieśnicy zaś podejmujący studia w innym zakresie na wielu uczelniach są zwolnieni z egzaminu wstępnego, jeśli z przedmiotu będącego warunkiem przyjęcia na uczelnię składali wcześniej egzamin maturalny. Wpisanie zatem na listę przedmiotów maturalnych religii skutkowałoby tak, jak wpisanie dotychczasowych przedmiotów, czyli umożliwiłoby wielu młodym ludziom dostanie się na uczelnię katolicką bez dodatkowych egzaminów wstępnych.

4. Ze względu na wydziały teologiczne. Egzamin maturalny z religii mógłby być jednocześnie egzaminem wstępnym na studia teologiczne, co ułatwiłoby i ujednoliciło procedury związane z przyjęciem abiturientów na uczelnie. Cieszy bowiem fakt, że od kilku lat wzrasta liczba maturzystów, którzy wybierają studia teologiczne. Obecnie w Polsce istnieje 12 wydziałów teologicznych (w tym 7 na uniwersytetach i 5 w innych ośrodkach akademickich), na których studiuje w sumie kilka tysięcy studentów studiów podstawowych i doktoranckich. Egzamin maturalny z religii może być dla absolwenta szkoły ponadgimnazjalnej nie tylko ukoronowaniem naukowym, szansą pogłębienia wiedzy teologicznej, ale także może ułatwić dostanie się na studia teologiczne.

5. Ze względu na tzw. standardy europejskie. Wielu przeciwnikom religii na maturze (należałoby dodać przede wszystkim tym, którym dokucza "religio-maturo-fobia"), którzy dali już o sobie znać w mediach w ostatnim czasie, warto wskazać ich koronny argument, którym posługują się w sytuacjach dla nich wygodnych. Otóż w wielu krajach Unii Europejskiej i w krajach niebędących członkami tej Wspólnoty istnieje możliwość zdawania egzaminu maturalnego z religii. Tak jest m.in. w Austrii i Niemczech (w wielu landach). Wprowadzając w tych krajach egzamin maturalny z religii, przyjęto zasadę równoprawnego traktowania tego przedmiotu. Istnienie tej zasady wywodzi się z postanowień Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i orzecznictwa organów sztrasburskich, według których - jeśli nauka religii jest prowadzona na terenie szkół - nie należy czynić żadnych różnic pomiędzy nauczaniem religii i nauczaniem innych przedmiotów. W takiej sytuacji religia winna być traktowana jak każdy inny przedmiot nauczania. Podstawą prawną takiego stanowiska jest art. 2 nr 1 Protokołu do Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Praw Wolności, Protokołu Dodatkowego (zob. DzU z roku 1995, nr 36, poz. 175).

Biskup płocki profesor Stanisław Wielgus podkreśla, że religia na maturze nie będzie obowiązkowa. Nie ma też mowy o tym, że propozycja dotyczy tylko i wyłącznie Kościoła rzymskokatolickiego, z czego należy domniemywać, iż także inne wyznania mogłyby rozważyć podobną propozycję w swoich kręgach. Może więc przynajmniej te dwa argumenty uspokoją tych, którzy zaniepokoili się w ostatnich tygodniach pojawieniem się słowa religia w kontekście matury.

Nikt przecież, a tym bardziej pomysłodawca przedstawionej propozycji, nie ma zamiaru rozpoczynać wobec kogokolwiek krucjaty i zmuszać kogokolwiek do zdawania matury z religii, ale jako biskup, a jednocześnie wytrawny i znany były rektor, filozof i profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gotów jest podejmować i podejmuje merytoryczną dyskusję. Do niej jednakże potrzebna jest wiedza, także u adwersarzy.
Wracając do postawionego na początku pytania i odpowiadając na nie, myślę, że w Polsce jest coraz więcej ludzi, którym religiofobia nie grozi. Głównie z tego powodu, że potrafią oni korzystać z sensownej argumentacji i wyciągać z niej własne wnioski oraz mieć swój pogląd na sprawy związane także z religią na maturze.

Bogu dzięki, coraz częściej przestajemy bezwiednie słuchać i naśladować tylko tych, którzy nerwowo i lękliwie reagują na słowo religia.

ks. Ryszard Czekalski

 

© 2008 Diecezja Płocka